
Wielu osobom Kraków kojarzy się z tysiącletnią historią i leciwymi zabytkami. Słuszne
to i szlachetne. Nie mniej osób zauważa tu wszędobylskie gołębie które owe leciwe
zabytki namiętnie obsrywają. Ani słuszne to, ani szlachetne, za to nagminne. Poprzestać
na latających szczurach niepodobna, bo jak w zaczarowanym mieście prawić o rzeczach
pospolitych? Kraków pochwalić się może zwłaszcza ptakami wielobarwnymi, o pięknych
duszach i głosach pokroju Piotra Skrzyneckiego, Anny Szałapak, Beaty Rybotyckiej czy
Jacka Wójcickiego. Obok nich, jakby dla równowagi wszechrzeczy, był i trwał przez
wiele lat Zbyszek zwany potocznie Szajbusem. Ptak najszkaradniejszy ze wszystkich, w
dodatku złośliwy niczym chochlik. Zbyszek miał nieco zbyt dużą głowę,
nieproporcjonalną w każdym razie w stosunku do reszty cherlawej postury. Głowę
dodatkowo wyróżniało łysiejące czoło z licznymi bruzdami i oczy – złe, świdrujące,
nienaturalnie błyszczące jak w gorączce. Gdyby szukać podobieństw filmowo-literackich
Zbyszek z pewnością najbardziej przypominał Smigola.
Mój cud, mawiała matka Zbyszka jakby na przekór całemu światu. Miłość matczyna
nawet w wariacie i alkoholiku potrafi dojrzeć anioła. Uczciwie przyznać trzeba, że dzięki
jej staraniom prezentował się całkiem schludnie. Zawsze czysty, przynajmniej do
południa, zanim naszczał w spodnie upojony wiśniówką i piwem, a zajęty tropieniem
ogólnoświatowych spisków. Zawsze w wyprasowanej koszuli, często w marynarce.
Wyróżniał się na tle kolegów pędzących podobny tryb życia. Był czas, że zapowiadał się
dobrze. Ścisły umysł, znakomite wyniki na politechnice. I tylko ten nieszczęsny sport.
Wypadek na żużlu zmienił wszystko. Fizycznie niby się wylizał, ale to wtedy w głowie
Zbyszka zamieszkał obłęd.
Znał wszystkich których wypadało znać. Codziennie miał przeczytaną gazetę i wiedział
co grają w teatrach czy kabarecie. Jedną z jego ulubienic była Anna Dymna. Kiedy
przemierzała rowerem krakowski Rynek zaczepiał ją i opowiadał kawał lub zadawał
zagadkę. - Pani Aniu, pani Aniu kochana, a to pani zna? - wołał, gdy tylko ją zobaczył. -
Przychodzi baba do lekarza z kominem w dupie. Lekarz pyta: co Pani jest? Anna Dymna
- ona na to! Po takiej poincie Szajbus rżał na pół Rynku jak dorożkarski koń, a pani Anna
niewzruszona oddalała się rowerem mówiąc półgłosem z politowaniem: Oj Zbyszek,
Zbyszek.
Za piwo dawał korepetycje studentom, chociaż najczęściej rozwiązywał im tylko zadania.
Do tłumaczenia nie miał cierpliwości. Zwykle, kiedy po trzeciej próbie wytłumaczenia
zagadnienia nie dostrzegał w oczach petenta śladu zrozumienia wznosił teatralnie ręce ku
niebu i wołał: Boże, a podobno to ja jestem pierdolnięty!
Kiedy nie miał na piwo, podchodził do wcześniej upatrzonego stolika, wyciągał sztuczną
szczękę i bezceremonialnie pakował ją do kufla. Zaskoczone ofiary zwykle nie
protestowały, gdy krokiem zwycięzcy oddalał się z łupem na pobliską ławkę. Tam w
spokoju oddawał się konsumpcji. Bywało, że jakiś kelner, zwykle nowy nieznający
Zbyszka, próbował zrobić chryję albo chociaż wyegzekwować zapłatę. Wtedy Zbyszek
na chwilę odstawiał zdobycz, wstawał i zaczynał robić groźne miny w stronę natręta.
Zwykle pytał też ochrypłym głosem: „Chcesz w ryja?” Kiedy miny nie skutkowały,
Zbyszek zaczynał szczekać - donośnie i groźnie. Na koniec, ku uciesze kelnerek i
barmanów, a ku zgorszeniu nobliwych dam i turystów, wyciągał fajfusa i sikał dokoła
znacząc teren. Wtedy zwykle był koniec. Intruz znikał a Szajbus wracał do spożywania.
Wieczorami bywał uczynny. Często pomagał zmęczonym kelnerkom składać ogródki
kawiarniane. Dostawał za to wiśniówkę lub piwo i wszyscy byli zadowoleni. Raz jedna
miała urodziny. Lekko wstawiona zażądała toastu. - To co Zbysiu, zdrowie pięknych pań?
- zaproponowała wznosząc kieliszek.
- Jak tyś jest piękna, to ja jestem abstynent! W dupę se wlej tę wódkę, przynajmniej
owsiki potopisz – odparował i poszedł zniesmaczony.
Innym razem, a było to w prima aprilis, zrobił kawał stróżom prawa. Komisariat na
Rynku znajdował się w lokalu po jakimś sklepie czy punkcie usługowym. Poza
klasycznym zamkiem w drzwiach były jeszcze uchwyty. Szajbus pokrzepił się
wiśniówką, wyczekał odpowiedni moment, zatrzasnął drzwi, zamknął je na kłódkę a na
szybę przykleił kartkę z napisem: Sklep z policjantami. Swoim zwyczajem nasikał na
witrynę oraz drzwi i wszystkim pokazywał zamkniętych policjantów. Zabawa skończyła
się po kilkudziesięciu minutach. Z odsieczą przybyli koledzy z drugiego komisariatu. Ci
upokorzeni wywieźli Zbyszka do Zabierzowa, dali kilka pał na plecy, kopa w dupę i
puścili pieszo do Krakowa.
Nad przypadkami takimi jak Szajbus lekarze bezradnie rozkładają ręce. No bo jak
logicznie wytłumaczyć fakt, że facet z uszkodzonym mózgiem rozmawia nagle w kilku
językach, a w szachy gra jak mało kto w mieście? Dla równowagi nie potrafi włączyć
pralki, czy ugotować zupy, choć wcześniej nie miał z tym problemu. Nie panuje też nad
emocjami, stąd atawistyczne wybryki, żeby nikt za bardzo się nie zbliżył.
Pewnego dnia matka zrobiła Zbyszkowi brzydki kawał. Nie mówiąc nic nikomu, nie
skarżąc się wcześniej, wzięła i umarła. Tego było za wiele, bo jak żyć, kiedy gaśnie
jedyne światło w twoim życiu. Zbyszek jak należy pożegnał matkę. Ubrał się schludnie,
ogolił i odprowadził ciało na cmentarz. Nie wiedząc co począć dalej, wypił wiśniówkę i
powiesił się w pustym mieszkaniu. Nie jakoś spektakularnie pod sufitem przewracając
taboret czy krzesło. Zwyczajnie, na klamce w łazience, na krawacie, który miał na
pogrzebie.
